Świadectwo - Anonimus


Minęły przeszło dwa lata, od mojej pierwszej sesji indywidualnej ze Stachem, gdy w stanie zupełnej rozsypki i bezsilności wobec latami dźwiganego nałogu poprosiłem o pomoc, a następnie podjąłem trud procesu terapeutycznego w MIM. To był punkt zwrotny, a wszystko co nastąpiło potem i co doprowadziło do mojej fundamentalnej przemiany jest konsekwencja tego jednego aktu woli. Pisząc to świadectwo uświadamiam sobie, że ja żyję. Żyję! Brzmi banalnie, ale krótka retrospekcja tego kim byłem i co robiłem jeszcze nie tak dawno temu sprawia, że sam fakt pisania tego tekstu jest dla mnie czymś wyjątkowym. Mam głębokie przekonanie, że gdybym w grudniu 2017 nie zdecydował się na terapię uzależnień, to teraz prawdopodobnie by mnie już nie było. Ostatecznie i definitywnie...

W czynnym nałogu borykałem się z dziwnymi, dręczącymi myślami. Ot choćby podczas jazdy samochodem, kiedy pragnąłem docisnąć gaz do dechy i gwałtownym szarpnięciem kierownicy zakończyć swoje cierpienie na najbliższym drzewie. Albo taki nagły wewnętrzny przymus, każący podnieść z podłogi przedłużacz elektryczny i zawiązać na nim wisielczą pętlę... by chwilę później z przerażeniem, ciąć ten kabel na drobne kawałki. Nie jest też przypadkiem, że do czasu rozpoczęcia terapii grupowej dwukrotnie otarłem się o samobójstwo. Dwukrotnie też wychodziłem z depresji dzięki leczeniu farmakologicznemu, choć tak naprawdę stan permanentnej „melancholii” towarzyszył mi mniej więcej od tego samego czasu, co seksoholizm, czyli od 12 roku życia. Nie bez znaczenia są wielokrotne wypalenia zawodowe, niebezpieczne i nieodpowiedzialne zachowania, czy wreszcie doprowadzenie organizmu do stanu ciągłej deprywacji sennej i skrajnego wyczerpania, dzięki czemu na własnej skórze doświadczyłem czym są omamy schizoidalne. W czynnym nałogu życie wydawało mi się się całkowitą beznadzieją, a moje poczucie wartości było tak niskie, że jedynym sensownym rozwiązaniem wydawało się własnoręczne skrócenie tego pasma cierpień i klęsk. Wspomnienie tego czasu i świadomość co w desperacji byłem wtedy gotów zrobić napawa mnie wstydem i paraliżującym lękiem… A teraz nie dość że jestem cały i zdrowy, to jeszcze strasznie bardzo chce mi się żyć. Na dodatek jestem czysty w sensie medycznym: nie jestem nosicielem HIV czy HCV, nie borykam się z żadną nieuleczalną chorobą i nie stwarzam dla nikogo zagrożenia wenerycznego. Nie istnieją więc żadne obiektywne przeszkody bym nie mógł się spełniać jako mężczyzna, partner i ojciec. W wieku prawie 38 lat dostałem drugą szansę, by zacząć od nowa i żyć prawdziwym, i szczęśliwym życiem. Gdyby nie terapia moje nałogowe szaleństwo potrwałoby pewnie dłużej. Może rok, może kilkanaście miesięcy. Widzę jednak cholernie wyraźnie, że byłaby to równia pochyła, na końcu której czekałaby na mnie śmierć. Bo seksoholizm, tak jak każde inne uzależnienie, to śmierć rozłożona na raty i niezależnie od dynamiki upadku koniec jest zawsze taki sam: definitywny i nieodwołalny.

Zatem ponad 24 miesiące żmudnej i bolesnej pracy nad własnymi wadami, lękami, zranieniami, kolejne próby dekonstrukcji systemu iluzji i zaprzeczeń, walka z nałogową regulacją uczuć, upadki, podnoszenie się z tych upadków, rozdrapywanie przeszłości, o której najlepiej byłoby nie pamiętać i te ciągłe, straszne wątpliwości. Czy to ma sens,? Ile jeszcze? Czy w ogóle dam radę? A jeżeli nawet dam radę, to kim będę potem i co w ogóle będzie na mnie czekało? Jak będę żył? Czy mój ogromny wysiłek naprawdę pozwoli mi żyć bez nałogu? Czy dam radę oprzeć się pokusie powrotu do wzorców nałogowych, gdy przyjdą trudne momenty i większa presja ze strony świata? Czy będzie w ogóle możliwym radzić sobie z problemami i frustracjami dnia codziennego bez regularnych uruchomień?

Pora więc na konkrety, jak to wygląda u mnie na dzień dzisiejszy.


Nie masturbuję się, nie czuję potrzeby aby to robić ani o tym nie myślę. Nie bardzo mogę sobie teraz przypomnieć lub wręcz wyobrazić jak to było jak gdy się onanizowałem i po co to w ogóle robiłem. Pornografia? Nie korzystam, choć jeżeli chodzi o ten wzorzec to pokusa by się nią znieczulać ciągle się odzywa. Na szczęście dzięki terapii posiadam szereg narzędzi do radzenia sobie z takimi sytuacjami. Poza tym wiem już, że mam wybór i nie nie muszę w chwilach słabości automatycznie wracać do nałogu. Tak samo w sytuacji obecności na terytorium wyzwalaczy, na przykład w miejscu publicznym w ciepły letni dzień. Potrafię wyczuć, kiedy robi się niebezpiecznie i wiem co mogę zrobić by to zagrożenie zneutralizować, nawet jeżeli się to będzie wiązało z opuszczeniem strefy niebezpiecznej. Nie prześladują mnie już tak jak dawniej fantazje erotyczne, a jeżeli się pojawiają to zwyczajnie brak im paliwa by mnie rozkręcić i rozhulać. Nie uwodzę i nie flirtuję. Unikam życia we własnej głowie. Nie seksualizuję otoczenia. Wystrzegam się seksu intruzywnego. Nie czuję potrzeby udowadniania sobie swojej wartości poprzez przygodne kontakty seksualne. Chcę jednej stabilnej relacji z jedną kobietą, dzięki czemu będę mógł założyć rodzinę. Nie odczuwam już obsesyjnej potrzeby pogoni za coraz to nowymi doznaniami seksualnymi, ciągnących w kierunku coraz większej perwersji i coraz większego narkotycznego haju. Zamiast tego świadomie pragnę aby współżycie było jednym z elementów cementującym bliskość między mną a moją przyszłą żoną. Reasumując, nie używam sfery seksualnej do nałogowej regulacji uczuć, do znieczulania się seksoholowym upojeniem w obliczu życiowych kłopotów i problemów. Co ciekawe, moje życie uwolnione z okowów uzależnienia nagle stało się prawdziwe, intensywne, ciekawe i ważne... i zasypało mnie wielością wyzwań począwszy od nadrabiania wieloletnich zaległości, na mierzeniu się z bieżąca rzeczywistością skończywszy. To co się teraz dzieje wokół mnie naprawdę bardzo przyspieszyło, ale, o dziwo, towarzyszący temu zwiększony poziom stresu nie pociąga za sobą natychmiastowej reakcji nałogowej. A nawet jeżeli pojawiają się gdzieś jakieś myśli seksoholowe (bo pojawiają się i wiem, że jeszcze długo będę się pojawiać), to potrafię to zauważyć i w porę się wycofać. Jestem świadomy, że w bezpośrednim starciu z uzależnieniem jestem zupełnie bezsilny i tylko uchodząc mu z pola, czy uchylając się przed jego mackami będę bezpieczny.

Kolejną fundamentalną zmianą, która zaistniała w moim życiu jest to, że z pozycji zbuntowanego apostaty, wróciłem do świętej wiary katolickiej i na nowo odkryłem nieprzebrane bogactwo chrześcijańskiej duchowości. Dzięki temu odnalazłem wreszcie odpowiedzi na pytania o sens mojego życia, a ufność w porządek i celowość rzeczy została mi przywrócona. Terapia grupowa w MIM wyrwała mnie z upiornej strefy narkotycznego i iluzorycznego komfortu, i pchnęła w świat prawdziwych uczuć, prawdziwych emocji czy prawdziwych potrzeb, a finalnie w ramiona Boga, w pełnię miłości. Mam głębokie przeświadczenie, że moje życie jest ważne i po raz pierwszy od ponad 25 lat czuję w sercu pokój.

Rozpocząłem też porządkowanie swojego życia – w czynnym nałogu nigdy bym nie uwierzył, że kiedykolwiek będę do tego zdolny. Kilka kluczowych, a rozsypanych w proch, obszarów udało mi się już poskładać; inne właśnie teraz składam do kupy. O dziwo, proces odgruzowywania życia z wieloletnich zaniedbań i konsekwencji chybionych decyzji nie jest już bolesnym zmaganiem się z beznadziejnością. Teraz to już raczej podróż, taka fascynująca przygoda. Dzięki nowej pracy, z której czepię ogromną satysfakcję, jestem niezależny finansowo, mogę rozwijać się zawodowo i tak naprawdę po raz pierwszy świadomie budować swoje profesjonalne portfolio. Rozliczam się z przeszłością i zamykam niedomknięte sprawy. Dzięki uczestnictwie w dodatkowej terapii indywidualnej, prowadzonej w nurcie terapii schematów, uczę się żyć na nowo, mimo balastu zranień z dzieciństwa i bolesnych traum odziedziczonych po wcześniejszych pokoleniach. Ufam, że dzięki temu moje własne dzieci nie będą musiały przerabiać w swoim życiu tego co ja i wejdą w swoją dorosłość bez podciętych skrzydeł. Rozwijam też szczerą i piękną relację z kobietą, którą kocham, z którą się zaręczyłem i z którą planuję ułożyć wspólne życie.

A w tym wszystkim nie jestem sam. Dociera do mnie, że mam wsparcie ludzi, których liczba wokół mnie w ostatnim czasie znacząco się zwiększyła, a do tego czuję, że interakcje z nimi są zdrowe i normalne. Poprawiły się moje relacje z rodziną, która niespodziewanie i w niemal cudowny sposób zaczęła się dźwigać z dysfunkcji, w której tkwiła latami. To niesamowite, że moja przemiana wpłynęła w jakiś sposób pozytywnie na moje najbliższe otoczenie. Bo przecież to, że teraz żyję samodzielnie, świadomie podejmuję wybory, nie przywdziewam maski, a zamiast tego staram się być autentycznym, jest w moim przypadku niebywałą przemianą. U końca terapii grupowej w MIM mogę szczerze potwierdzić, że odczuwam i rozróżniam swoje emocje, a moje reakcje na nie są mniej lub bardziej konstruktywne. Obecnie odbieram siebie w sposób bardziej urealniony, z akceptacją moich ograniczeń, zalet i wad. Staram się żyć odpowiedzialnie i… chyba daję radę. Czuję się ważny i wartościowy, a moje poczucie własnej godności po prostu wróciło. W kontaktach z innymi potrafię bronić swoich granic, choć pewnie nie zawsze i nie wszędzie, bo asertywność to sztuka, którą trzeba rozwijać latami. Jednocześnie zacząłem odczuwać naturalny szacunek do innych ludzi i chyba zaczynam rozumieć na czym polega podmiotowe traktowanie bliźniego. Co więcej? Gdzieś w niebyt odeszło moje poczucie zagubienia i bezradności. Naprawdę czuję teraz moc i zdolność do podejmowania decyzji, i kreowania najbliższego otoczenia zgodnie z moją wolną wolą. Wróciła moja wiara w siebie jako w prawdziwego mężczyznę.

Na zakończenie chciałbym podkreślić, że dzięki terapii grupowej pogłębiła się też moja wrażliwość i uważność na drugiego człowieka. Widzę wyraźnie, że dzięki temu co sam doświadczyłem mogę służyć wsparciem, radą i wiedzą innym cierpiącym ludziom. Ludziom potrzebującym pomocy, choć niezdolnych o tą pomoc poprosić wskutek swoich nieuświadomionych lęków, braków, deficytów i uwikłań. Być może po to też dostałem swoją drugą szansę, aby ta przemiana, która uratowała mnie przed ostatecznym upadkiem i samobójczą śmiercią, nie zakończyła się tylko na mnie… bo dobro powinno trafiać do wszystkich potrzebujących. Równie pokiereszowanych, przekopanych, nienawidzących siebie i zagubionych uzależnionych jak ja jeszcze 2 lata temu. To posłanie i posługa jest być może formą spłaty długu wdzięczności za to co mi się przydarzyło.

Chciałbym aby to świadectwo było promykiem nadziei i zarazem namacalnym dowodem na to, że ufając w Bożą Opatrzność i podejmując trud procesu terapeutycznego jest jak najbardziej możliwym porzucenie szaleństwa seksoholizmu i powrót do normalnego, wolnego, prawdziwego i szczęśliwego życia. Przeżywanego w miłości do świata i do samego siebie.

Kontakt